Kluski chodziły za mną już długi czas. Klasyczne, niezbyt „gumiaste”, sprężyste i pyszne. Najbardziej denerwowało mnie to, co sobie ubzdurałam, że muszę ugotować ziemniaki z dużym wyprzedzeniem, aby wystygły i poleżały. Aż tak planować nie zawsze mogę, wiec kluski długo nie gościły na stole. Błąd! Żadne tam gotowanie z wyprzedzeniem. Ugotowałam w tym samym dniu, co zrobiłam danie i to w mgnieniu oka. Listopadowa pogoda nie zachwyca wysoka temperatura, wiec balkon służy idealnie za lodówkę. Tam ostudziłam ziemniaki i zabrałam się za wykonanie. Sama nie byłam pewna czy ciasto jest dobrze zrobione i czy wszystko wyjdzie tak, jak sobie zaplanowałam. Wyszło.
Pysznie wyszło. Z sosem podałam. Była mała kłótnia bo zrobiłam za mało 😀
Pamietajcie o jednej ważnej rzeczy. Kluski gotujemy około 10 minut na bardzo wolnym ogniu. Ja doprowadzam wodę do wrzenia i zmniejszam gaz na minimum, wrzucam porcje klusek i tak sobie „pykają” jak rosół. A po co? A po to aby każdy klusek był gładki, nie miał postrzępionej powierzchni, jakby się rozgotował 🙂
Składniki:
- 10 średnich ziemniakow
- mąka ziemniaczana
- 1 jajko
Wykonanie:
Ziemniaki gotuję, studzę i przeciskam przez praskę. Dobrze ubijam w misce, dzielę na 4 części i jedną z części wyciągam i układam na pozostałych. Miejsce po czwartej części uzupełniam mąka ziemniaczaną. Wbijam jajko i mieszam. Odrywam po kawałku ciasta wielkości … właściwie jakiej chce, te zrobiłam trochę większe ale staram się aby były wielkości np. kasztana. Taka niewielka kulka, palcem robię dziurkę.
Wrzucam na gotującą się wodę i zmniejszam gaz do minimum, paruje ok. 10 minut. Podaję z sosem dla leniwych: zagotowuję 0,5l wody, wrzucam kostkę pieczeniową, łyżkę suszonej cebuli i zagęszczam 1 łyżką mąki w 50ml wody lub podaje osolone z masełkiem – obie wersje pycha.